Wychowanie bez porażek — plusy i minusy

Refleksje, Sprawy szkolne   

Tym razem wyjątkowo proponuję odejść od typowej dla tej strony tematyki i zapuścić się w inne dziedziny rozważań — w rejony mniej może związane z językiem polskim, lecz pozostające w związku z edukacją, a mówiąc ściślej: z teorią i praktyką nawet nie tyle dydaktyczną co wychowawczą.

Książka Thomasa Gordona Wychowanie bez porażek nie może już być nazywana nowością i zdążyła się już utrwalić w kanonie lektur obowiązkowych dla obecnych i przyszłych specjalistów od pedagogiki. Mimo to nadal zawarte w niej teorie budzą mieszane uczucia i są przedmiotem dyskusji oraz punktem wyjścia dla innych teorii.

W niniejszym artykule w krytyczny (co nie znaczy, że nieprzychylny) sposób zreferuję teorię Gordona, wskazując jej silne i nieco słabsze punkty. Do tego dorzucę kilka własnych refleksji.

Gordon postawił sobie za cel wskazanie przyczyn konfliktów między dziećmi a ich wychowawcami (rodzicami, nauczycielami itp.) oraz zaproponowanie takiej metody postępowania, która mogłaby pomóc te nieprawidłowości wyeliminować. Książka odniosła sukces na rynku amerykańskim, co skłoniło autora do napisania kolejnych: Wychowanie bez porażek w szkole oraz Wychowanie bez porażek w praktyce, w których założenia tej idei są konkretyzowane poprzez odniesienie ich do typowych praktycznych sytuacji wychowawczych.

Punktem wyjścia rozważań Gordona jest twierdzenie, iż rodzice w chwili przyjścia na świat potomstwa zatracają gdzieś swą prawdziwą osobowość i usiłują za wszelką cenę wejść w stereotypowo pojmowaną rolę rodzica przez przybranie maski wszechwiedzącego, nieomylnego rodzica-boga. Zdaniem autora prowadzi to do przejawiania przez nich szeregu nieautentycznych zachowań, które są przez dziecko rozumiane jako objawy braku miłości i akceptacji. Jako przykład podaje się tu np. postawę fałszywej akceptacji — pozorowaną aprobatę dla dziecka i jego poczynań, pozostającą w sprzeczności z niewerbalnymi komunikatami wyrażającymi rzeczywisty brak akceptacji. Tego typu zachowania zamykają drogę do porozumienia dzieci i rodziców, podobnie jak szereg standardowo używanych przez opiekunów komunikatów wyrażających nieakceptującą postawę.

Tych zasadniczych negatywnych postaw rodziców wobec dzieci Gordon wymienia 12: rozkazywanie, ostrzeganie (upominanie, grożenie), perswazja (moralizowanie), radzenie (dyktowanie rozwiązań), pouczanie (wyrzuty), osądzanie, chwalenie, ośmieszanie (zawstydzanie), diagnozowanie, uspokajanie (współczucie), indagowanie, kierowanie uwagi w inną stronę. Twierdzi jednocześnie, iż ponad 90% przejawianych przez rodziców zachowań i nadawanych komunikatów wyraża którąś z tych typowych niewłaściwych postaw. Zdaniem Gordona lepsze od nich byłoby już stosowane przez psychologów milczenie (słuchanie bierne), umożliwiające dziecku przynajmniej wypowiedzenie się, zwerbalizowanie przemyśleń i wyciągnięcie z nich jakichś wniosków. Nie jest to jednak droga idealna, dlatego Gordon proponuje jeszcze inny sposób — metodę komunikatów zwrotnych, upewniających dziecko, iż jego uczucia i problemy są przez rozmówce rozumiane, a jednocześnie nie stają się przedmiotem oceny.

Proponowana metoda czynnego słuchania opiera się na stosowaniu przez rodziców komunikatów zwrotnych, w których zawierać powinien się poprawnie sformułowany sens wypowiedzi dziecka (np.: a więc uważasz, że…; czujesz się…?; boli cię to, że… itp.). W żadnym przypadku nie chodzi tu o powtarzanie (referowanie lub wręcz cytowanie) usłyszanych przed chwilą treści. Wręcz przeciwnie — cała trudność polega na tym, by zasłyszany komunikat właściwie zdeszyfrować (bo treść dosłowna sama w sobie nie mówi jeszcze niczego o zamierzonej intencji wypowiedzi, której odszukanie jest zadaniem rodzica), a następnie w treści odpowiedzi udowodnić pełne i poprawne zrozumienie sensu oraz intencji wypowiedzi dziecka. Bezmyślne powtarzanie sformułowań użytych przez dziecko będzie dla niego dowodem, że rodzic nie jest w istocie zainteresowany rozmową ani jego problemem i pozoruje chęć zrozumienia go, co może być prologiem ogólnej katastrofy wychowawczej.

Wysyłanie komunikatów zwrotnych, oczywiście tych właściwie sformułowanych, Gordon nazywa „otwartymi drzwiami”, zaproszeniem do dalszej rozmowy. Korzyść z ich stosowania ma być taka, że w przypadku, gdy intencje i uczucia dziecka zostaną właściwie w nich zawarte, uzna ono, iż jest rozumiane, co zachęci je do dalszej rozmowy. Może się oczywiście zdarzyć też, że rozmówca źle zinterpretuje odczucia czy intencje dziecka. Wtedy jednak na podstawie komunikatu zwrotnego będzie ono miało szansę to zauważyć i wyrazić się inaczej, tak by zostało właściwie zrozumiane. W takim przypadku, zdaniem Gordona, ewentualne niezrozumienie nie zniechęca dziecka do dalszej rozmowy, gdyż postawa rozmówcy pozwala mu odczuć, że jego problem spotkał się z zainteresowaniem i to właśnie on i związane z nim odczucia dziecka (a nie opinie, uczucia i opinie rozmówcy) będą właściwym przedmiotem rozmowy.

Gordon zaleca także próbę „przeprogramowania się” i spojrzenia na problem oczami dziecka. Wynikającą z tego korzyścią dla rodzica ma być pozyskanie zaufania, a jednocześnie lepsze uświadomienie sobie problemu dziecka, co ma pozwolić uniknąć błędów wychowawczych wynikających z jego niezrozumienia.

Gordon zdecydowanie odradza próby przemycania w komunikatach zwrotnych własnych twierdzeń, sądów i rad. W trakcie rozmowy dziecko może samodzielnie lub przy pomocy nieznacznych wskazówek znaleźć odpowiednie rozwiązanie swojego problemu. Trudno odmówić słuszności temu przyznającemu dziecku podmiotowość podejściu: po pierwsze — rozwiązanie, które dziecko samo wymyśliło lub przynajmniej współtworzyło, będzie przez nie lepiej postrzegane niż autorytatywna wskazówka rodzica; po drugie — metoda wdraża dziecko do samodzielnego poszukiwania rozwiązań, co powinno umożliwić mu lepsze funkcjonowanie w dorosłym życiu. Dziecko nie pozostaje samo z problemem, zyskuje poczucie zrozumienia, a jednocześnie sposobność wypowiedzenia się i rozwoju swej osobowości, czuje, że jest traktowane poważnie, jak autonomiczna jednostka, a ewentualne powodzenie w samodzielnym poszukiwaniu rozwiązania może wzmocnić jego samoocenę.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że proponowana metoda tylko z pozoru jest łatwa, a na jej użytkowników czyha szereg pułapek, które na szczęście zauważa również sam autor. Przede wszystkim, przez wielu rodziców stosowanie komunikatów zwrotnych może być rozumiane jako bezmyślne powtarzanie tego, co przed chwilą powiedziało dziecko. O zagrożeniach wynikających z takiego błędnego zrozumienia (czyli w istocie niezrozumienia) metody już pisałem. Niestety, prawidłowe stosowanie komunikatów zwrotnych wymaga od rodziców odpowiednich zdolności, również językowych, co zważywszy na postępujące ubożenie stosowanego przez Polaków kodu, niezbyt dobrze wróży stosowaniu tej teorii na gruncie polskim. Poza tym metoda ta wymaga od rodziców wielu dobrych chęci i włożenia wysiłku w uważne słuchanie z pełnym zrozumieniem, co również w realiach współczesnego świata (brak czasu, zmęczenie i wynikający z tego zwyczaj słuchania „jednym uchem”) może być dla nich trudne.

Wydaje się jednak, że największym problemem może być dla rodziców to, co mogą w trakcie takiej rozmowy usłyszeć. Istnieje ryzyko, że nawet po rozpoczęciu rozmowy metodą gordonowską, gdy zaczną oni słyszeć coś, z czym nie będą się w stanie pogodzić, zwrócą się znów w kierunku rozmawiania w sposób autorytatywny. Istnieje również ryzyko pojawienia się u nich chęci doprowadzenia rozmowy na siłę aż do momentu znalezienia rozwiązania. Tymczasem niekoniecznie musi być ono natychmiastowym wynikiem rozmowy. Częstokroć wystarczyłoby, żeby właściwym efektem rozmowy była już sama refleksja dziecka, która może dopiero na jakimś dalszym etapie doprowadzić do rozwiązania. Niestety, wielu rodzicom rozmowa, która nie przynosi natychmiastowego efektu, wydać się może nieefektywna, a co gorsza, ewentualny jej rezultat odłożony w czasie jest bardzo trudny do przewidzenia, a samo pojawienie się refleksji jeszcze nie oznacza ani że dziecko rzeczywiście wyprowadzi z niej rozwiązanie, ani że zostanie ono wdrożone.

Poważnym błędem jest też próbowanie inicjowania rozmowy wtedy, gdy rodzice akurat mają czas. Te próby zwykle będą się kończyć niepowodzeniem, gdyż rozmowa taka będzie miała sens tylko wtedy, gdy zostanie zainicjowana przez dziecko — wtedy, gdy będzie naprawdę stanowić odpowiedź na aktualne potrzeby i oczekiwania dziecka, a nie rodziców.

Uważam, że zasadnicza myśl Gordona jest słuszna i że trafnie wskazuje on źródła nieporozumień między dziećmi a rodzicami, będące przyczynami wielu porażek wychowawczych. Wywód autora sprawia wrażenie sensownego i przemyślanego, a zrozumienie wykładanej teorii ułatwia duża liczba przykładów — prowadzonych przy użyciu omawianej metody rozmów. Użyteczne wydają się również rozdziały, w których pokazano, jak wypowiedzi „typowej dwunastki” zastępować komunikatami zwrotnymi. Uważam, że z wiedzy, jaką daje ta książka, powinno się korzystać jak najczęściej, tak by treści wywołujące opór dziecka zastępować komunikatami mogącymi spowodować jakieś konstruktywne konsekwencje. W przeciwieństwie do Gordona nie sądzę jednak, by metoda ta dała się zastosować zawsze i wszędzie. Nie zgodzę się również z tezą, że wszelkie jej ograniczenia leżą po stronie rodziców. W odniesieniu do pewnych osób i sytuacji metoda ta nie będzie się nie sprawdzać, co nie powinno w żaden sposób jej dyskwalifikować — różne metody nauczania dają różne wyniki u różnych uczniów, podobnie będzie też z metodami wychowawczymi. Gdyby było inaczej, porażki dydaktyczne i wychowawcze nie miałyby w ogóle miejsca… Prawda jest taka, że wbrew pobożnym życzeniom Gordona, związanym oczywiście z jego teorią, stuprocentowo skuteczna metoda wychowawcza nie istnieje, a sugerowanie czegoś innego nie ma większego sensu i może co najwyżej brzmieć naiwnie.

Nieco sztuczne i „na siłę” wydaje mi się również odnoszenie tej metody w jednym z rozdziałów do niemowląt. Twierdzenie, że krzyk u niemowlęcia może mieć różne znaczenia to powtarzanie oczywistości, podobnie jak to, że trzeba ten krzyk właściwie interpretować. Myślę, że wyznaczenie rozsądnych ram jest dla pewnych teorii korzystniejsze niż szukanie za wszelką cenę możliwości ich stosowania na gruncie, który niezbyt się do tego nadaje. Ale cóż, każdy, kto odkrywa nową metodę, chciałby w niej widzieć panaceum — również Gordonowi nie udało się uniknąć tej pułapki…

Mam również poważne wątpliwości co do twierdzenia Gordona, iż autorytet rodzicielski nie jest tak naprawdę dziecku potrzebny. Uważam, iż główny problem leży tu w możliwości różnego pojmowania słowa „autorytet”. Moim zdaniem rodzic niecieszący się w oczach dziecka dobrze pojętym (warto to podkreślić) autorytetem nie będzie postrzegany jako odpowiedni partner do rozmowy o problemach. Chcąc rozmawiać, dziecko podświadomie szuka kogoś, kto będzie w stanie przynajmniej je zrozumieć. Myślę, że w tym przypadku Gordon po raz kolejny nieco się zapędził, przypisując pojęciu autorytetu jednoznacznie negatywne konotacje. Dopóki słowo to w odniesieniu do rodzica oznacza zaufanie, zdolność do udzielenia wsparcia i zapewnienia bezpieczeństwa (czyli cechy zgodne z potrzebami dziecka), nie można mieć niczego przeciw niemu. Chyba że ktoś przez autorytet rozumie tylko i wyłącznie władcę absolutnego, rodzica-tyrana, tyle że wtedy nie mamy do czynienia z rzeczywistym autorytetem.

Warto też zauważyć, iż są w życiu sytuacje, w których rodzic musi być dyrektywny i wziąć ster w swoje ręce. Powinien to oczywiście robić jak najrzadziej, pozwalając rozwijać się dziecku, jednak czasami, gdy w grę wchodzi trudne do właściwego uświadomienia dziecku niebezpieczeństwo lub inne poważne względy, rzeczywistość nie pozostawia rodzicowi innego wyjścia. Myślę wszakże, iż sytuacje takie będą łatwiej akceptowane przez dziecko postrzegające rodzica jako istotę przyjazną i rozumiejącą je niż przez dziecko obcujące z rodzicem, którego cała teoria wychowania opiera się na zbiorze zakazów i nakazów, lekceważeniu potrzeb dziecka itp. I dlatego proponowanej przez Gordona metody nie należy — moim zdaniem — w całości odrzucać. Mówiąc ściślej: teorię należy przeszczepiać na grunt praktyki, jako sprzyjającą rozwojowi dziecka i budowaniu relacji opartych na szczerej wzajemnej więzi, zaufaniu i zrozumieniu, lecz bez popadania w dogmatyczny zachwyt nad każdym zawartym w książce twierdzeniem. Na pewno sama idea wychowania bez porażek (to znaczy nie takiego, w którym rodzic musi za wszelką cenę wygrać, lecz takiego, w którym nie ma zwycięzców ani pokonanych) jest słuszna i powinna być nie tylko stosowana w praktyce (czyli tak, jak sugeruje tytuł jednej z kolejnych książek Gordona), ale też właśnie ma podstawie praktycznych doświadczeń doskonalona.

3 komentarze do “Wychowanie bez porażek — plusy i minusy”

  1. basia stwierdza:

    Chyba za bardzo idealizujesz Gordona. Ilekroć próbowałam rozmawiać w ten sposób z najstarszą pociechą, ponosiłam porażkę. „Dlaczego mama po mnie powtarza”, spytało dziecko. I słusznie. Tą metodą niczego się nie osiągnie.

  2. Łukasz Rokicki stwierdza:

    Nie idealizuję, wręcz przeciwnie – próbuję wskazać wady i zalety metody. Zdaniem Gordona taka odpowiedź dziecka świadczyłaby o tym, że metoda jest niewłaściwie stosowana. Formułowanie komunikatów zwrotnych w tej metodzie w taki sposób, by nie narazić się na zarzut powtarzania, jest trudną rzeczą. Zresztą sam wskazałem takie niebezpieczeństwo.

  3. Małgorzata stwierdza:

    Dziękuję za tę świetną, esencjonalną recenzję.

Zostaw komentarz

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski. Modyfikacja: Łukasz Rokicki.
RSS wpisów RSS komentarzy


Karmar - Zakład stolarski | Meble na wymiar
kuchnie, szafy, komody - Radom, Skaryszew, Kozienice