Parenting, parentingowy

Język, Moda językowa, Wskazówki poprawnościowe, Zapożyczenia i wpływy obce   

Kilka dni temu wpadł w moje ręce pewien tekst, w którym natknąłem się na nieznane mi wcześniej słowo. Otóż dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak blogi parentingowe, fora parentingowe i parenting jako taki. W pierwszej chwili za bardzo nie wiedziałem, o co chodzi. Skojarzyłem sobie, że na pewno ktoś angielszczyzną szpanuje. I trochę się pomyliłem, bo raczej nie szpanował, tylko automatycznie użył określenia funkcjonującego w branży. Czy zasadnie?

Parenting — pochodzenie wyrazu

Oczywiście, słowo parenting pochodzi z języka angielskiego i oznacza rodzicielstwo, wychowywanie dzieci. Jest ono podobne pod tym względem do wyrazu parenthood, który jednak jest neutralny emocjonalnie i bardziej wiąże się z samym faktem bycia rodzicem niż z czynnościami rodzicielskimi, podczas gdy parenting dotyczy również tej drugiej sfery.

Przymiotnik parentingowy znaczyłby więc związany z rodzicielstwem, związany z wychowywaniem dzieci lub czynnościami wynikającymi z samego faktu bycia rodzicem. Przy tym zauważyć należy, że słowo wychowywanie w tym kontekście nie będzie raczej miało związku z kształtowaniem postaw, lecz ze sprawowaniem opieki rodzicielskiej, czyli wspomnianym rodzicielstwem.

Polski odpowiednik

Cóż w polszczyźnie znaczy rodzicielstwo? Wbrew pozorom bardzo wiele:

rodzicielstwo «bycie rodzicami»1

Ta krótka definicja jest w istocie bardzo pojemna, gdyż mieści się w niej zarówno bycie rodzicem w okresie prenatalnym, wydawanie potomka na świat i sprawowanie nad nim opieki w okresie późniejszym. W związku z tym słowo rodzicielski będzie znaczyło związany z byciem rodzicem — niezależnie od wieku dziecka.

Niektórzy twierdzą, że polskie słowa rodzicielstwo i rodzicielski są mniej pojemne znaczeniowo niż angielskie odpowiedniki. Jest to tylko pozór, jak dowiedliśmy wyżej. Wspomniane polskie słowa można bez żadnych zastrzeżeń uznać za równoważne znaczeniowo odpowiednikom angielskim.

Czy słowo parenting jest potrzebne w polszczyźnie?

Skoro omawiane wyrazy parenting i parentingowy mają swoje polskie odpowiedniki, wprowadzanie ich do polszczyzny jest bezzasadne.Dlatego zamiast o *blogach parentingowych możemy mówić o blogach rodzicielskich, blogach prowadzonych przez rodziców lub blogach dla rodziców (proszę zauważyć, że te nazwy lepiej oddają charakter bloga niż słowo angielskie), zamiast o *forach parentingowych — o forach rodzicielskich lub forach dla rodziców, a zamiast o *artykułach parentingowych — o artykułach dla rodziców lub artykułach dla dzieci. Ba, nawet sformułowanie artykuły rodzicielskie wcale nie byłoby błędne, wręcz przeciwnie.

Niektórzy zaraz powtórzą starą mantrę służącą obronie anglicyzmów, że potrafią one wyrazić to samo krócej. Tak? To policzmy: wyraz parentingowy ma 5 sylab, rodzicielski 4 sylaby i wyrażenie dla rodziców też 4. Krótko mówiąc, ten dogmatycznie przywoływany argument upada, nieprawdaż? W druku też różnica nie będzie znaczna (chodzi o oszczędność miejsca), zresztą niech Państwo zobaczą sami ile miejsca zajmują poszczególne słowa i wyrażenia:
parentingowy
dla rodziców
rodzicielski

Co za pech, okazuje się, że używając polskich odpowiedników, można zaoszczędzić miejsce, którego czasem może brakować na bannerze, ulotce lub szyldzie (przy większym kroju pisma różnice są oczywiście proporcjonalnie większe)…

Widzimy więc, że mamy tu do czynienia z kolejnym zbędnym zapożyczeniem, za którego wprowadzeniem nie przemawiają ani argumenty językowe, ani typograficzne…

Niestety, nie dostrzegają tego „ludzie z branży”. A w branży, jak już nie raz i nie dwa wspomniałem, to, co polskie, jest nieinteresujące, bo „trendy” jest angielszczyzna i jej używanie przynosi splendor — przez niektórych jest wręcz postrzegane jako przejaw profesjonalizmu i światowości. Mamy więc odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę przeszkadza w używaniu powszechnie rozumianych polskich słów zamiast importowanych odpowiedników? Rzekłbym: branżowa moda podszyta kompleksami…


1 http://sjp.pwn.pl/slownik/2515545/rodzicielstwo (wróć)

10 komentarzy do “Parenting, parentingowy

  1. Tomek stwierdza:

    Wspominałem o tym zagadnieniu w swojej pracy maturalnej, do której pomógł mi Pan zebrać materiały (20/20, jakby inaczej). Tego typu zapożyczenia nie spełniają m.in. kryterium narodowościowego oraz wystarczalności języka. W bardzo ciekawy sposób opisała to Danuta Buttler w drugim tomie ‚Kultury języka polskiego’. Z kolei nieco krócej, ale równie treściwie omówił to Andrzej Markowski w ‚Nowym słowniku poprawnej polszczyzny’.

    Mnie osobiście nieco śmieszą takie niepotrzebne zapożyczenia, bo osoba stosująca je uchodzi w moich oczach za kogoś, kim łatwo manipulować, kto łatwo ulega wpływom i nie szanuje własnego języka.

    Ostatnio usłyszałem od mojego wujka (branża: marketing) ‚jesteś z tym okej?’ i ‚to zrobiło mi dzień’. W języku angielskim miałoby to sens, ale ich polskie odpowiedniki brzmią naprawdę zabawnie. Ciekawi mnie, jak język polski zmieni się w ciągu najbliższych 20 lat. Zapewne przez uzus wejdzie wiele tego typu udziwnień.

  2. Michał stwierdza:

    Bardzo ciekawie ujął Pan problematykę blogów parentingowych i języka polskiego. Sam jestem twórcą takiego bloga i często spotykam się z pytaniami o tę nazwę, gdy opowiadam o tym czym się zajmuję. Blog rodzicielski faktycznie brzmi bardiej zrozumiale dla Polaków. Ale nie można zapominać, że moda na blogi przyszła do nas z Zachodu, a wraz z nią nazwy. Tak jak i Twitter i tweety. Nikt nie myślał o tłumaczeniu tych nazw, chociaż jest to możliwe, bo osoby będące w Polsce pionierami tych mediów doskonale znają język angielski i nawet przez głowę im nie przeszło, aby to robić. To zupełnie inne pokolenie, bez barier, a do ojczystego języka podchodzi bez emocji. Trzeba się z tym pogodzić. A jeżeli koniecznie chcemy mieć polskie nazwy to sami stwórzmy nową, lepszą Twarzoksiążkę (facebooka), jeżeli okaże się dobrym pomysłem, to sami Amerykanie zaczną używać polskiej nazwy. Rozumiem jednak Pana troskę o zachowanie czystości języka z racji wykonywanego zawodu. Gdyby nie tacy nauczyciele jak Pan, dzieci mówiłyby już zupełnym bełkotem. Pozdrawiam z parkingu pod supermarketem i życzę udanego weekendu, Michał 😉

  3. Łukasz Rokicki stwierdza:

    1. Cieszę się, że wypowiedział się ktoś z „branży”. I od razu widzę znamienne stwierdzenie, że jednak ludzie nie za bardzo rozumieją to słowo, skoro zadają Panu pytania o jego znaczenie. Gdyby określił Pan swojego bloga polskim odpowiednikiem, takich pytań by nie było…
    2. To prawda, moda przyszła z Zachodu, ale to nie powód, by wraz z nią brać nazwy, które mają przecież w polszczyźnie powszechnie znane odpowiedniki. Posłuże się analogią. Z zachodu przyszły klawiatury komputerowe, a ponieważ komputery były czymś nowym, wzięliśmy również nazwę tych urządzeń. Klawiatury jednak zostały „polskie”, bo wcześniej były maszyny do pisania i ich klawiatury. Blogi parentingowe przyszły z zachodu, ale rodzicielstwo było u nas wcześniej i swoja nazwę miało.
    3. Nie zgodzę się z tą argumentacją. Facebook i Twitter to nazwy własne, dlatego nie należy ich na siłę tłumaczyć. Tak samo Daily mirror nie przekładamy na Codzienne zwierciadło, a George`a Busha na Jerzego Krzaka. Parenting to nazwa własna, więc obowiązują tu zupełnie inne zasady.
    4. Podoba mi się „prowokacyjne” ostatnie zdanie. Dla porządku odniosę się do owej „prowokacji”:
    a) słowo parking jest zasadnym zapożyczeniem, gdyż w polszczyźnie nie istniało odpowiednie określenie na tego typu miejsce.
    b) Supermarket nie da się zastąpić supersklepem, gdyż zmieniłyby się konotacje. W nazwie angielskiej chodzi o miejsce będące więcej niż sklepem, supersklep kojarzyłby się z dobrym sklepem. Określenie nadsklep też nie byłoby najlepsze.
    c) weekend też za bardzo nie miał odpowiednika. Owszem, można powiedzieć koniec tygodnia, ale wszyscy czujemy, że to i za długie, i chyba nie do końca oddaje sens oryginału.
    W wypadku złów parenting i rodzicielstwo sytuacja jest zupełnie inna niż w ww. przykładach. 🙂

  4. Michał stwierdza:

    Pana argumenty wygrywają, tak samo jak wygrałyby w zderzeniu z blogerami lifestylowymi. Pozostaje jednak coś co wymyka się jak dotąd kontroli językoznawców, język internetu. Coś czego oczywiście kilkanaście lat temu nie było. Jak to zakwalifikować, jako gwarę, język branżowy? Blogi parentingowe, blogi lifestylowe, agencje PR, będą funkcjonowały w internecie, bo internet polega na pozycjonowaniu. A pozycjonowanie nie polega na poprawności językowej, lecz na przewidywaniu zapytań użytkowników. Wpisując w Google (googlując?) „blog parentingowy” otrzymujemy de facto listę blogów rodzicielskich. Wpisując „blog rodzicielski” wyświetlą się blogi branżowe, najczęściej prawnicze, poruszające jako jedno z wielu zagadnień, kwestię urlopów rodzicielskich. W tej sytuacji spór akademicki rozstrzyga Google, rację przyznając wyszukującemu. Czy nauczyciele będą z tym walczyć, czy to „cywilizować” to inna kwestia. Osobiście najbardziej drażni mnie „lokowanie produktu”, to, że nie mogę użyć polskiego cudzysłowu tylko „”, bo po prostu nie działa, a ostatnio z racji sezonu wakacyjnego powtarzane w mediach jak mantra „wakacyjne destynacje”. Tak na marginesie, dzięki blogom parentingowym natrafiłem na Pana artykuł, dobrze się pozycjonuje. I tak, dzięki wszechmocnemu wujkowi Google, odkryłem kolejne wartościowe miejsce, które będę odwiedzał. Oczywiście czym prędzej „zalajkowałem”;)

  5. Łukasz Rokicki stwierdza:

    Nie mówiłbym o kontroli językoznawców, ponieważ faktycznie nie mają oni kontroli nad żadną sferą używania języka. Oni mogą opisywać rzeczywistość, formułować opinie, zalecenia, apelować… i tyle…
    Pisze Pan o wynikach wyszukiwania. Ale tu powraca dylemat jajka i kury. Co było pierwsze: czy autorzy blogów spopularyzowali frazę, której teraz szukają użytkownicy, czy użytkownicy sami z siebie zaczęli szukać blogów parentingowych, czym narzucili ich nazewnictwo. I tu chyba różnimy się w ocenie rzeczywistości.

    Jeśli chodzi o cudzysłowy, to nie patrzyłem, jak one u mnie działają: zawsze wpisuję je jako ALT+0132 i ALT+0148. Jeśli to nie działa, można próbować użyć encji.

  6. Michał stwierdza:

    P.S. Poprawka, po dodaniu komentarza widzę, że nawet cudzysłowy u Pana na blogu działają, chociaż na podglądzie pokazują się jako dwa górne;) To chyba zasługa WordPressa. Googlowski blogspot ma za nic język polski.

  7. Ambiwalencja Stosowana stwierdza:

    Och i ach! Poważnie! Poruszył Pan bardzo ważny problem. Prowadzę blog o rodzicielstwie, o rodzicielstwie, nie parentingu. Często boleję nad ubożeniem języka polskiego ( i ja nie jestem bez winy), jako anglistka pewnie powinnam się cieszyć z napływy anglicyzmów, jednak tak bardzo mi szkoda naszego pięknego języka ojczystego, że „przybiję Panu piątkę”.

  8. Łukasz Rokicki stwierdza:

    Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się poparcia ze strony ludzi z „branży”. Jest to dla mnie bardzo pozytywny sygnał. Proponuję, żeby nie bać się nazywać swoich blogów po polsku. Ewentualnie można umiejętnie polską nazwę upowszechniać. Jeśli angielska będzie w słowach kluczowych, czytelnicy i tak Państwa strony znajdą 🙂
    Jako anglistka wcale nie powinna się Pani cieszyć z napływu anglicyzmów. W chwili, gdy język polski zbytnio nasiąknie anglicyzmami, język angielski nie będzie juz w takim stopniu językiem obcym, na czym angliści na pewno nie skorzystają.

  9. Magda stwierdza:

    Dzień dobry. Wiem, że troszkę nie na temat, ale zastanawiałam się od dłuższego czasu nad akcentem. Bo spotkałam się ze zdaniem: Akcent przypada na trzecią sylabę… itd. Mógłby Pan napisać notkę z wyjaśnieniem?

  10. Łukasz Rokicki stwierdza:

    Sporo napisano na temat akcentu w innych miejscach, ale jeśli jest takie zapotrzebowanie, być może zastanowię się nad napisaniem czegoś na ten temat.

Zostaw komentarz

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski. Modyfikacja: Łukasz Rokicki.
RSS wpisów RSS komentarzy


Karmar - Zakład stolarski | Meble na wymiar
kuchnie, szafy, komody - Radom, Skaryszew, Kozienice