Incydent terrorystyczny

Język, Leksyka/semantyka, Manipulacja, Moda językowa, Refleksje, Zapożyczenia i wpływy obce   

W ostatnim czasie coraz liczniejsze są głosy potępiające dziennikarzy i polityków za nazywanie ataków terrorystycznych incydentami, np. w takich komunikatach:

Incydent terrorystyczny w sercu Londynu
Incydent na lotnisku w Paryżu, napastnik zastrzelony, loty zawieszone
Incydent w Manchesterze, wysłano wojsko. Policja: sytuacja jest już bezpieczna
Angela Merkel potępiła incydent w Manchesterze
incydent terrorystyczny po koncercie Ariany Grande

Czy są one słuszne?

Przy rozstrzyganiu takich problemów najlepiej zacząć od przyjrzenia się definicji słownikowej. A ta wygląda następująco (wg SJP PWN):

incydent
1. «nieprzyjemne wydarzenie»
2. «wydarzenie mało ważne»

Nazywać atak terrorystyczny nieprzyjemnym wydarzeniem to duża niestosowność, podobnie jak sugerowanie, że akt, w wyniku którego giną ludzie, odwołuje się loty, wysyła do akcji wojsko i policję i który staje się przedmiotem potępiających wystąpień przywódców najważniejszych państw świata, jest czymś mało ważnym. Jeśli ktoś takie wydarzenie nazywa incydentem, to brakuje mu albo piątej klepki, albo wyczucia językowego. To tak, jakby napisać, że warunki życia w obozie w Auschwitz nie były zbyt komfortowe (niestety, autentyczne)…

Drodzy Państwo, incydent jest gdy np. kilku uczestników manifestacji i kontrmanifestacji będzie się wyzywać i wyrywać sobie nawzajem transparenty; gdy w czasie ważnego meczu wbiegnie na płytę boiska nagi kibic, żeby pokazać, czym go Bozia obdarzyła zamiast rozumu; gdy grupka osób zakłóci przebieg uroczystości, wykrzykując jakieś hasła; gdy kilku kibiców wrogich drużyn zrobi małą awanturę itd., ale na pewno nie wtedy, gdy dochodzi do jakiejś większej awantury lub pojawiają się poważne konsekwencje, np. obrażenia ciała, ofiary w ludziach, zniszczenie mienia o dużej wartości — coś, co pozwala zakwalifikować wydarzenie jako istotne. Incydentami zajmują się głównie kolegia ds. wykroczeń, a nie postawione w stan gotowości służby specjalne…

Warto zauważyć, że tego typu określenia pojawiają się w mediach o łatwej do identyfikacji lewicowej orientacji politycznej. I tu można podejrzewać, że w takim nazewnictwie nie ma żadnego przypadku, lecz chęć umniejszania rangi tych ataków. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze, chodzi o to, aby utrzymywać społeczeństwo w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Po drugie, chodzi o to, żeby nie podsycać nastrojów antyimigranckich. Człowiek, który przeczyta w nagłówku wiadomości słowo incydent, albo pomyśli, że stało się coś mało ważnego, nie ma sobie czym czterech liter zawracać, i przejdzie do kolejnej wiadomości, albo, nawet jeśli ją przeczyta, uzna, mając już ukierunkowany umysł i zasugerowaną ocenę zdarzenia, że nic takiego się nie stało, nieszczęścia chodzą po ludziach i nie ma co robić z igły wideł.

Ciekawe jednak, że te same media bez ogródek piszą o brutalnym ataku na kibica Legii po meczu z Lechią (prawda, było brutalnie, ale równie dobrze można było napisać o incydencie chuligańskim), brutalnym pobiciu gimnazjalistki, bestialskim napadzie na przechodnia itd. Skąd te tendencja do nazywania pewnych zdarzeń po imieniu, a umniejszania znaczenia innych, znacznie poważniejszych? Chyba tylko z dążenia do wytłumiania znaczenia niewygodnych faktów i zakłamywania w ten sposób rzeczywistości. A w tym wypadku nie jest to już głupota, lecz celowe działanie mogące mieć negatywne skutki dla bezpieczeństwa obywateli. A jeśli dodać do tego, że ci sami ludzie często skłonni byliby uznać niepochlebną, nawet niekoniecznie obraźliwą, wypowiedź na temat pewnych grup społecznych za zbrodnię nienawiści, to uzyskujemy ciekawy materiał do rozważań na temat nie tyko języka, ale też gradacji wartości.

Cała opisana wyżej praktyka była zresztą powszechnie stosowana w czasach PRL, kiedy to duże społeczne wystąpienia były w mediach określane jako wydarzenia, chuligańskie wybryki, zajścia, czasami właśnie incydenty itp. Przypadek? Nie, taka metoda. Wtedy też chodziło o to, aby zmarginalizować zjawisko i jego skalę.

W pozostałych wypadkach, tam, gdzie nie wchodzą w grę cele polityczne i ideologiczne, zapewne dużą rolę odgrywa skłonność do dosłownego kalkowania angielskich wyrażeń. Jeśli więc niekompetentny tłumacz widzi w angielskim newsie słowo incident, sięga po najbliższe podobne słowo polskie: incydent i analogicznie terrorist incident bezrefleksyjnie przekłada jako incydent terrorystyczny. Nie ma przy tym świadomości, podobnie jak w wypadku słów technologia, dywizja itp., że jednak angielskie znaczenie różni się od polskiego. W języku angielskim słowo incident oznacza po prostu jakieś wydarzenie, coś, co się zdarzyło, bez żadnych konotacji umniejszających rangę zdarzenia.

Czy należy w związku z tym ataki terrorystyczne określać mianem incydentów? Absolutnie nie, gdyż jest to nieadekwatne i w najlepszym wypadku świadczy o niekompetencji dziennikarza, który coś tam z angielskiego umie, ale niuansów znaczeniowych nie chwyta. W języku polskim funkcjonują od dawien dawna poprawne i w pełni adekwatne określenia: akt terroryzmu, atak terrorystyczny, zamach terrorystyczny.

3 komentarze do “Incydent terrorystyczny”

  1. Gustaw stwierdza:

    Świetny artykuł, ukazujący manipulacje mediów. Język artykułów prasowych nierzadko pokazuje, jaką perspektywę przyjmują ich autorzy, jak ustosunkowują się do takich czy innych zdarzeń, osób.
    Chylę czoła!

  2. Asterienne stwierdza:

    Nie do końca. To także kalka z angielskiego. W angielszczyźnie ‚incident’ to nie to samo co ‚incydent’ po polsku. Jeśli ktoś chce widzieć tu „spisek wyznawców politycznej poprawności” to jego sprawa.

  3. Łukasz Rokicki stwierdza:

    @ Asterienne
    No właśnie: „nie do końca”. Nie do końca przeczytała Pani artykuł, bo w dalszej jego części też o tym piszę.

Zostaw komentarz

Silnik: Wordpress - Theme autorstwa N.Design Studio. Spolszczenie: Adam Klimowski. Modyfikacja: Łukasz Rokicki.
RSS wpisów RSS komentarzy


Karmar - Zakład stolarski | Meble na wymiar
kuchnie, szafy, komody - Radom, Skaryszew, Kozienice